„Dorwać Jiro!” to jeden z tych seriali, przy których po pierwszych minutach trudno powiedzieć, czy właśnie oglądamy kryminał, satyrę na świat gastronomii, brutalne anime, czy może wszystko naraz. Nowa animacja Adult Swim bierze pomysł z komiksu Anthony’ego Bourdaina i Joela Rose’a, a następnie wrzuca go do futurystycznego Los Angeles, gdzie kucharze mają władzę większą niż niejeden gangster.
- „Dorwać Jiro!” – o czym jest serial?
- Pierwszy odcinek od razu ustawia zasady
- Jiro – bohater, którego trudno rozgryźć
- Świat serialu jest jego największą atrakcją
- Drugi odcinek pokazuje, że pomysł nie kończy się na jednym żarcie
- Jedzenie wygląda tutaj naprawdę dobrze
- Animacja pasuje do tej historii
- Humor jest czarny. Bardzo czarny
- Co może przeszkadzać?
- „Dorwać Jiro!” ma więcej wspólnego z kinem samurajskim niż typową animacją kulinarną
- Jak wypadają pierwsze dwa odcinki?
- „Dorwać Jiro!” – czy warto oglądać?
- Werdykt po dwóch odcinkach
Po dwóch pierwszych odcinkach mam jedno wrażenie: „Dorwać Jiro!” dokładnie wie, czym chce być. Jest krwawo, absurdalnie, momentami naprawdę zabawnie, ale pod całą tą warstwą przemocy kryje się całkiem celna satyra na kulinarny snobizm, kult szefów kuchni i traktowanie jedzenia jak symbolu statusu.
„Dorwać Jiro!” – o czym jest serial?
Historia rozgrywa się w przyszłym Los Angeles. To świat, w którym wiele tradycyjnych form rozrywki straciło znaczenie, a jedzenie stało się jedną z najważniejszych rzeczy w życiu społeczeństwa. Restauracje nie są już tylko lokalami, a najlepsi kucharze nie są zwykłymi celebrytami. Ich wpływy przypominają władzę mafijnych bossów.
W tym świecie poznajemy Jiro – spokojnego, bardzo zdyscyplinowanego kucharza specjalizującego się w sushi. Prowadzi niewielki lokal i ma własne zasady dotyczące przygotowywania oraz jedzenia potraw. Problem w tym, że w świecie „Dorwać Jiro!” złamanie kulinarnej etykiety może mieć znacznie poważniejsze konsekwencje niż niezadowolenie kelnera.
I właśnie na tym opiera się największa siła serialu. Twórcy biorą rzeczy, które znamy z prawdziwego świata – restauracyjne wojny, obsesję na punkcie jakości składników, kulinarnych ekspertów i snobizm – a następnie doprowadzają je do skrajności.
Pierwszy odcinek od razu ustawia zasady
Pilot nie potrzebuje długiego wprowadzenia. Bardzo szybko dowiadujemy się, że Jiro ma jedną zasadę, której lepiej nie łamać. Klient, który nie traktuje jego sushi z odpowiednim szacunkiem, przekonuje się o tym w wyjątkowo brutalny sposób.
To właśnie tutaj serial pokazuje swoje podejście do przemocy. Jest przesadzona, krwawa i często wręcz komiksowa. Jednocześnie nie sprawia wrażenia przypadkowej. W świecie, w którym kucharze zachowują się jak wojownicy i gangsterzy, nóż kuchenny może pełnić dokładnie tę samą funkcję, co broń w klasycznym filmie akcji.
Najbardziej podoba mi się jednak to, że twórcy nie próbują udawać, że jest to realistyczny kryminał. „Dorwać Jiro!” świadomie balansuje na granicy absurdu. Policja, zasady społeczne i relacje między kucharzami zostały podporządkowane temu dziwacznemu światu. Dzięki temu nawet najbardziej absurdalne sceny mają tutaj swoje miejsce.
Jiro – bohater, którego trudno rozgryźć
Jiro jest przeciwieństwem typowego gadatliwego protagonisty. Nie tłumaczy wszystkiego widzowi, nie wygłasza długich monologów i nie próbuje zdobywać sympatii na siłę. Jest opanowany, małomówny i skupiony na tym, co robi.
To podejście działa szczególnie dobrze w scenach związanych z gotowaniem. Jiro nie musi wygłaszać wykładu o każdym składniku. Wystarczy obserwować jego ruchy, sposób przygotowania sushi i stosunek do pracy. W tych fragmentach serial potrafi zwolnić i pozwolić widzowi po prostu patrzeć.
To ważne, bo dzięki temu Jiro nie jest wyłącznie kolejnym brutalnym bohaterem kina akcji. Jego kucharska precyzja jest częścią jego charakteru. Nóź służy mu zarówno do przygotowania jedzenia, jak i do walki, a granica między tymi dwiema funkcjami została celowo zatarta.
Świat serialu jest jego największą atrakcją
Gdybym miała wskazać jeden element, który najbardziej zachęcił mnie do dalszego oglądania, byłby to właśnie świat przedstawiony.
„Dorwać Jiro!” bierze bardzo znajomy problem – przesadną fascynację gastronomią – i buduje wokół niego całe społeczeństwo. Kuchnia staje się walutą, restauracje stają się terytoriami, a szefowie kuchni zaczynają przypominać przywódców gangów.
To daje twórcom ogromne możliwości. Można żartować z restauracyjnych trendów, kulinarnego snobizmu i wojny o prestiż, ale jednocześnie prowadzić normalną historię kryminalną. Jedno nie wyklucza drugiego.
Co ciekawe, serial nie ogranicza się wyłącznie do żartów. Pod warstwą groteski widać komentarz dotyczący klasy społecznej, statusu i tego, jak łatwo coś tak zwyczajnego jak jedzenie może stać się narzędziem podziału.
Drugi odcinek pokazuje, że pomysł nie kończy się na jednym żarcie
Gdyby drugi odcinek powtórzył dokładnie schemat pierwszego, można byłoby zacząć się zastanawiać, czy cały koncept wystarczy na pełny sezon. Na szczęście twórcy robią krok dalej.
Jiro zostaje zaangażowany w dostarczenie specjalnego zamówienia na festiwal kulinarny. Brzmi niewinnie, ale w świecie serialu zwykła dostawa szybko zamienia się w serię niebezpiecznych spotkań z przeciwnikami. Na drodze pojawiają się między innymi uzbrojone food trucki pełniące funkcję swego rodzaju łowców nagród.
To jeden z tych pomysłów, które na papierze brzmią kompletnie absurdalnie. Na ekranie jednak pasują do reszty świata. Twórcy coraz mocniej mieszają kino drogi, film samurajski, historię gangsterską i czarną komedię.
Drugi odcinek jest też ważny z innego powodu. Pokazuje, że Jiro nie jest postacią zamkniętą wyłącznie w swoim lokalu. Konflikt zaczyna się rozszerzać, a bohater coraz wyraźniej zostaje wciągnięty w większą rozgrywkę.
Jedzenie wygląda tutaj naprawdę dobrze
To może wydawać się drobiazgiem, ale przy serialu, który tak mocno opiera się na gastronomii, sposób przedstawienia jedzenia ma ogromne znaczenie.
Sceny przygotowywania potraw należą do najprzyjemniejszych fragmentów pierwszych dwóch odcinków. Kontrast pomiędzy spokojnymi, niemal rytualnymi czynnościami kucharza a brutalnością świata przedstawionego działa zaskakująco dobrze.
W jednej chwili oglądamy precyzyjne przygotowanie sushi, a chwilę później ta sama kuchnia staje się miejscem przemocy. Ten kontrast jest jednym z najlepszych pomysłów serialu.
Animacja pasuje do tej historii
„Dorwać Jiro!” nie próbuje być kolejną przesadnie realistyczną animacją. Styl wizualny pozwala twórcom mocniej podkreślić groteskę, przemoc i futurystyczne Los Angeles.
Najlepiej wypadają sceny, w których zestawione zostają dwa światy: elegancka gastronomia oraz brutalność ulicznych konfliktów. Neonowe miasto, restauracyjne wnętrza, kuchenne zaplecza i dynamiczne sceny akcji tworzą spójną całość.
Nie każda scena animowana jest równie efektowna, ale całość ma własną tożsamość. I to jest ważniejsze niż próba pokazania każdego ujęcia jako technologicznego popisu.
Humor jest czarny. Bardzo czarny
Jeżeli ktoś spodziewa się lekkiej animacji o gotowaniu, powinien zmienić nastawienie jeszcze przed pierwszym odcinkiem.
„Dorwać Jiro!” zdecydowanie nie jest produkcją dla dzieci. Humor wynika przede wszystkim z kontrastu między powagą bohaterów a absurdalnością sytuacji. Kucharze potrafią traktować zasady dotyczące jedzenia z większą powagą niż życie człowieka, a policja może być bardziej zainteresowana kulinarnymi wykroczeniami niż samą przemocą.
Momentami ten humor jest wręcz absurdalny, ale właśnie dzięki temu serial nie staje się ponurym kryminałem. Krwawe sceny nie mają wyłącznie szokować – często są również żartem z przesadnie poważnego świata gastronomii.
Co może przeszkadzać?
Nie wszystko jest tutaj idealne. Największym problemem może okazać się sam Jiro. Po dwóch odcinkach nadal jest przede wszystkim tajemniczym, małomównym wojownikiem. To działa jako punkt wyjścia, ale trudno jeszcze powiedzieć, jak głęboko zostanie rozbudowana jego historia.
Drugim potencjalnym problemem jest schematyczność. Konflikt między potężnymi kucharzami przypomina klasyczne historie o gangach walczących o terytorium. Różnica polega na tym, że zamiast narkotyków czy broni mamy restauracje, składniki i kulinarne zasady.
Na razie pomysł jest na tyle świeży, że ten schemat nie przeszkadza mocno. Jeśli jednak kolejne odcinki będą tylko powtarzały podobne konflikty, największy atut serialu może z czasem stać się jego największą słabością.
„Dorwać Jiro!” ma więcej wspólnego z kinem samurajskim niż typową animacją kulinarną
To chyba najlepszy sposób, żeby opisać klimat produkcji. Jiro przypomina samotnego wojownika, który ma własny kodeks i nie szuka konfliktu, ale nie zamierza również uciekać, kiedy ktoś przekroczy granicę.
Do tego dochodzą mafijne układy, rywalizacja o wpływy, charakterystyczni przeciwnicy i brutalne pojedynki. Gastronomia jest tutaj filtrem, przez który twórcy przepuszczają bardzo klasyczną historię o honorze, władzy i zemście.
Dzięki temu serial może trafić nie tylko do fanów animacji dla dorosłych. Jeśli lubicie kino gangsterskie, samurajskie historie, czarny humor albo po prostu dziwne pomysły, które nie przypominają niczego innego, „Dorwać Jiro!” ma sporo do zaoferowania.
Jak wypadają pierwsze dwa odcinki?
Po dwóch odcinkach jestem zdecydowanie bardziej zainteresowana tym, co wydarzy się dalej, niż byłam po pierwszych minutach. Serial potrzebuje trochę czasu, żeby przedstawić zasady swojego świata, ale kiedy już je poznajemy, całość zaczyna działać.
Pierwszy odcinek jest przede wszystkim wprowadzeniem do świata i Jiro. Drugi rozszerza skalę historii i pokazuje, że twórcy mają pomysł na większą opowieść. To dobre połączenie, ponieważ pierwszy epizod przyciąga nietypowym konceptem, a drugi daje powód, żeby zostać na dłużej.
Podoba mi się również to, że „Dorwać Jiro!” nie próbuje wszystkiego tłumaczyć. Widz dostaje dziwny świat i musi zaakceptować jego reguły. Dzięki temu serial zachowuje trochę tajemnicy.
„Dorwać Jiro!” – czy warto oglądać?
Tak, szczególnie jeśli lubicie animacje dla dorosłych, czarny humor i historie, które potrafią być jednocześnie absurdalne i brutalne.
Nie jest to serial dla każdego. Jeśli nie lubicie krwi, przemocy albo przesadnie groteskowego humoru, pierwsze dwa odcinki mogą szybko zniechęcić. Jeżeli jednak dobrze czujecie się w klimatach „John Wicka”, kina samurajskiego i czarnej komedii, a do tego macie słabość do jedzenia, trudno nie dać tej produkcji szansy.
Warto też docenić fakt, że za tym całym absurdem kryje się satyra. „Dorwać Jiro!” śmieje się z kulinarnego snobizmu, ale jednocześnie pokazuje, dlaczego jedzenie i ludzie, którzy je przygotowują, mogą mieć tak ogromne znaczenie.
Jeśli śledzicie nowe premiery HBO Max, po „Dorwać Jiro!” zdecydowanie warto sięgnąć. W ostatnich dniach na platformie pojawiła się również polska „Zmora”, a wcześniej pisaliśmy także o „4 Blocks Zero”. Jeśli natomiast szukacie większej liczby inspiracji, zajrzyjcie do naszego zestawienia nowych premier seriali i filmów.
Werdykt po dwóch odcinkach
„Dorwać Jiro!” jest dziwne. Jest brutalne. Jest momentami absurdalne. I właśnie dlatego działa.
Największą zaletą jest świat, w którym kulinarna obsesja została doprowadzona do granic absurdu. Jiro jest ciekawym protagonistą, animacja dobrze podkreśla klimat, a drugi odcinek pokazuje, że twórcy chcą wyjść poza prosty żart o kucharzu z mieczem.
Na pełną ocenę całego sezonu jest oczywiście za wcześnie. Po dwóch pierwszych odcinkach daję jednak „Dorwać Jiro!” 8/10. To jedna z tych premier, przy których naprawdę mam ochotę sprawdzić kolejny odcinek – a w przypadku serialu liczy się to dla mnie bardziej niż efektowny zwiastun.


