Dragon Ball Sparking Zero to gra, która od pierwszych minut pokazuje, że nie przyszła tu udawać skromnej. To jest ten typ powrotu, gdzie twórcy biorą na klatę całą legendę Budokai Tenkaichi i mówią: „dobra, jedziemy z tym jeszcze raz, tylko większe, głośniejsze i bardziej anime niż kiedykolwiek”. I wiecie co? W dużej mierze to działa. Czasem aż za dobrze, bo ekran bywa tak zapchany efektami, że człowiek łapie się na tym, że bardziej „czuje” walkę, niż ją widzi.
- Tryb fabularny Dragon Ball Sparking Zero to więcej niż odklepana historia
- Roster postaci w Dragon Ball Sparking Zero to absurd i jednocześnie największy plus
- System walki: łatwo zacząć, trudno przestać dostawać po głowie
- Kamera w Dragon Ball Sparking Zero potrafi zepsuć najlepszą akcję
- Online i zawartość: jest co robić, jest o co się kłócić ze znajomymi
- Wersje i technikalia: PC, konsole i temat Switch 2
- DLC i muzyka: niby jest, ale boli portfel i zasady
- Czy warto? Dragon Ball Sparking Zero to spełnienie marzeń, z kilkoma rysami
Jeśli ktoś wychował się na Dragon Ballu, albo choćby liznął serię i kojarzy wielkie sagi, to Dragon Ball Sparking Zero potrafi odpalić nostalgię w sekundę. A jeśli ktoś serii nie zna i zawsze odkładał, bo „za dużo tego, nie wiem od czego zacząć”, to paradoksalnie też ma tu niezłe wejście.
Tryb fabularny Dragon Ball Sparking Zero to więcej niż odklepana historia
Największe zaskoczenie? To, że fabuła w Dragon Ball Sparking Zero naprawdę potrafi wciągnąć. Nie dlatego, że opowiada coś nowego (bo to w dużej mierze klasyka), tylko dlatego, jak to podaje. Dostajemy tryb przypominający najważniejsze wydarzenia i walki, więc przechodzisz przez kluczowe momenty bez konieczności grzebania w dziesiątkach odcinków i wątków pobocznych.

Do tego dochodzi fajny bajer w stylu „co by było, gdyby…”. I tu zaczyna się najlepsza zabawa, bo gra pozwala czasem skręcić w alternatywne ścieżki. Zmiana jednej decyzji, inny pojedynek, wygrana w innym momencie i nagle historia idzie w bok. Nie jest to system, który działa zawsze i wszędzie, ale kiedy już odpala, to serio daje ten dziecięcy uśmiech typu: „ooo, to tak by wyglądało?”. W Dragon Ball Sparking Zero te scenariusze mają sens i są dobrze podane, bez wrażenia, że to dopięty na siłę dodatek.
Roster postaci w Dragon Ball Sparking Zero to absurd i jednocześnie największy plus
Tu nie ma co kręcić: Dragon Ball Sparking Zero robi wrażenie liczbą postaci. Jest ich masa, a ekran wyboru wygląda jak tablica ogłoszeń w centrum miasta. I tak, zobaczysz tam mnóstwo wersji Goku. Tyle, że to nie jest tylko „klon klona”, bo różne etapy rozwoju, formy i fuzje faktycznie wpływają na styl walki, zestaw ruchów i tempo.
Najważniejsze jest to, że gra mimo tak ogromnego składu nie robi z tego tylko kolekcjonerstwa. Postacie czują się różnie. Słabszym bohaterem też da się wygrać, ale zwykle wymaga to większego ogarnięcia, timingu i wykorzystywania mechanik. Mocne formy potrafią zdominować, jasne, to nie jest klinicznie zbalansowany e-sportowy bijatykowy ideał, tylko raczej arena fighter, gdzie klimat bywa ważniejszy niż matematyka.

System walki: łatwo zacząć, trudno przestać dostawać po głowie
W Dragon Ball Sparking Zero wejście jest proste, bo podstawy ogarniesz szybko. Kombosy, specjalne ataki, latanie, ładowanie ki, teleporty… wszystko jest czytelne. Ale potem gra zaczyna pokazywać pazur, bo sama znajomość ciosów nie wystarcza. Trzeba umieć odbijać ataki, wchodzić za plecy w idealnym momencie, przerywać akcje przeciwnika i w odpowiednim czasie ryzykować.
Są też te momenty, dla których Dragon Ball jest Dragon Ballem, czyli klasyczne starcia wiązek energii, kiedy dwie techniki zderzają się i nagle robi się mini „walka o władzę”. To działa świetnie, wygląda świetnie, i daje satysfakcję nawet wtedy, kiedy przegrywasz, bo przynajmniej było widowisko.
No i dochodzi zniszczenie otoczenia. Areny nie są tylko tłem. Da się chować za przeszkodami, wyrzucać kogoś w wodę, rozwalać elementy krajobrazu, a to czasem realnie wpływa na dynamikę walki. Nie jest to symulator destrukcji, ale w kontekście bijatyki to robi robotę.

Kamera w Dragon Ball Sparking Zero potrafi zepsuć najlepszą akcję
Jest jedna rzecz, która regularnie potrafi podnieść ciśnienie i niestety to nie jest przeciwnik, tylko kamera. Dragon Ball Sparking Zero bywa tak szybkie i tak efektowne, że kamera czasem wariuje, ustawia się dziwnie, gubi czytelność, a ty w ułamku sekundy próbujesz zgadnąć, gdzie dokładnie jesteś i czy właśnie nie wleciałeś w jakąś falę energii, której nawet nie widziałeś.
To wkurza szczególnie w trudniejszych starciach, kiedy i tak jest ciasno od mechanik, parowań i teleportów. Da się z tym żyć, ale szkoda, bo gra ma momenty, w których kamera robi kinową robotę przy super atakach, a potem nagle potrafi to zaprzepaścić jednym głupim ujęciem.
Online i zawartość: jest co robić, jest o co się kłócić ze znajomymi
Jeśli lubisz grać z ludźmi, to Dragon Ball Sparking Zero ma sporo do zaoferowania. Walki online potrafią być naprawdę wciągające, bo wchodzą w grę składy, dobór postaci i takie małe „szachy”, tylko że zamiast pionków masz wojowników z kosmosu.
Fajnie wypada system budowania drużyny, gdzie nie możesz po prostu wrzucić samych największych potworów i iść po easy win. Koszt postaci wymusza kombinowanie. Do tego transformacje w trakcie walki dodają taką warstwę planowania: zaczynasz tańszą formą, rozwijasz się w czasie, ryzykując, że zanim się rozkręcisz, już będziesz obity.
Są też tryby kreatywne, gdzie można budować własne scenariusze i udostępniać je innym. To jest potencjalnie kopalnia contentu, bo fani Dragon Balla mają wyobraźnię i internet już nie raz to udowodnił. Czy każdy będzie tam siedział godzinami? Nie, ale jako dodatek to jest świetna sprawa, szczególnie dla społeczności.
Wersje i technikalia: PC, konsole i temat Switch 2
Od strony technicznej Dragon Ball Sparking Zero potrafi być bardzo przyjemne, zwłaszcza tam, gdzie liczy się płynność walki i responsywność. Na mocniejszych platformach gra potrafi wyglądać naprawdę soczyście, a animacje i efekty to jest czyste „anime na sterydach”.
W przypadku wersji na Switch 2 trzeba się liczyć z kompromisami. Da się grać wygodnie, mobilność to ogromny plus, ale ograniczenia jak 30 klatek mogą niektórym przeszkadzać, szczególnie jeśli są przyzwyczajeni do 60 fps w bijatykach. Z drugiej strony, jeśli ktoś chce po prostu odpalić Dragon Ball Sparking Zero gdziekolwiek i robić turniej u znajomych, to mobilność potrafi wygrać z tabelką w Excelu.
DLC i muzyka: niby jest, ale boli portfel i zasady
Tu temat jest delikatny, bo Dragon Ball Sparking Zero ma momenty, w których czuć współczesne „a może jeszcze coś dokupisz?”. Najbardziej irytująco wypada podejście do muzyki z anime. Fajnie, że jest klimat, gorzej, że sposób sprzedaży dodatków potrafi zgrzytać. Nie jest to gra, która cię zmusza do płacenia co chwilę, ale pewne decyzje wydają się po prostu niepotrzebnie chciwe.

Na plus, że sama progresja odblokowywania rzeczy jest w miarę uczciwa. Grasz, zdobywasz walutę, odblokowujesz postacie i stroje, i masz poczucie, że to idzie naturalnie, a nie jak w mobilce.
Czy warto? Dragon Ball Sparking Zero to spełnienie marzeń, z kilkoma rysami
Dragon Ball Sparking Zero jest dokładnie tym, czego fani chcieli od lat: wielką, widowiskową, głośną i przesadzoną arenową bijatyką 3D, która wygląda jak żywy odcinek anime. Ogromny roster, sensowny tryb fabularny z „what if”, satysfakcjonujący system walki i masa zawartości sprawiają, że łatwo tu utknąć na długo.
Są minusy, głównie kamera, drobne potknięcia techniczne w zależności od wersji i te dziwne decyzje około dodatków. Ale finalnie to nadal jest jedna z tych gier, które odpalasz „na chwilę”, a potem okazuje się, że minęły trzy godziny i właśnie krzyczysz „Kamehameha!” do monitora.
W podsumowaniu nie ma ucieczki: Dragon Ball Sparking Zero to świetny powrót serii i jedna z najmocniejszych propozycji dla fanów Dragon Balla w grach od bardzo dawna.
